piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział 4

Patrzyła na jego twarz, a mimo to nie mogła jej dostrzec. I choć nie wiedziała jak wygląda oblicze jej towarzysza, to czuła jak niepokój w jej sercu narastał z chwili na chwilę. Dotknął jej dłoni, a jego skóra była blada, zimna. Powoli zabrała rękę. Pora iść. 
Bieg, drzewa, im dalej była, tym szybciej przewijał się widok po jej obu stronach. Urwisko, ziemia, wiatr. Krzyk!
~*~
Cassie pewnie prowadziła dalej, ale pod nosem nadal wymyślała na kierowcę, który bardziej cenił sobie czas, niż bezpieczeństwo. Nie tylko swoje, ale i innych. Docisnęła pedał gazu i poczuła wiatr, który wpadał przez uchylone okno. Na chwilę zapominając o swoich przemyśleniach na temat bezpieczeństwa wyciągnęła z torby telefon, aby odczytać wiadomość, która na niego przyszła. Patrząc na jezdnie, a kątem oka odczytując ją, mruknęła coś do siebie.

Vivianne zamknęła drzwi domu, odwróciła się i.. wpadła prosto na Nathana. Zderzyła się nosem z jego klatką piersiową i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego jaki jest wysoki. Miał na sobie białą koszulkę na ramiączkach, która odsłaniała jego ręce pokryte tatuażami. 
-Masz zwyczaj wpadania na ludzi pod ich drzwiami?
-Zależy od ludzi.- uśmiechnął się. Wyminęła go ostrożnie i przystanęła na schodach patrząc wyczekująco, żeby dowiedzieć się o co chodzi.
-Tak więc w czym rzecz?
-Podwieźć Cię do szkoły?
-Fatygowałeś się taki kawał drogi tylko po to, żeby mnie o to zapytać?
-I podwieźć.
-Skąd wiedziałeś, że się zgodzę?- wzięła się pod boki.
-Przeczucie. Nigdy mnie nie myli.- zaśmiał się pod nosem.
-Potrafię sama chodzić, a w mieście nie brak komunikacji. Nie musiałeś.
-Nie musisz mi mówić co muszę, wiem o tym.
-Następnym razem nie rób sobie kłopotu, poradzę sobie.
-Nie wątpię. Ale skoro już tutaj jestem to mogę Cię podwieźć.- pokręciła tylko głową i ruszyła do jego auta. "Wygrał" pomyślała. "Wygrałem" pomyślał.
Wsiedli do samochodu, zapieli pasy i pojechali. Włączył radio, gdzie leciała piosenka od 7horse. Nathe zaczął wybijać dłońmi rytm na kierownicy, podśpiewując sobie bez skrępowania. Vivianne uśmiechnęła się pod nosem. Wpatrywała się w okno i oglądała okolicę jakby widziała ją po raz pierwszy w życiu. Domy, które mijali zmieniały się w kolorowe plamki, łąki w zielone pasy. Po 10 minutach dotarli pod szkołę. Wysiadła z samochodu, nakładając torbę na ramię. Nathan doszedł do niej, zaraz po tym jak zamknął auto. Szedł poważny, jak zwykle. Kątem oka przyjrzała się jego twarzy. Wpatrzony w jakiś nieokreślony punkt przed nim, nawet nie drgnął. Z jednej strony odczuwała przed nim niepokój, jego wypowiedzi, tatuaże, cała osoba dopełniały tego odczucia, z drugiej strony fascynował ją swoją osobą, czego jednak nie chciała przed sobą przyznać. Pokręciła głową na samą myśl o tych odczuciach na jego temat. Weszła do szkoły, a Nathan wyminął ją, kiwając tylko głową. Nie patrzył jej jednak nawet w oczy. Wzruszyła ramionami, jakby zrzucając z siebie jakiś niewidzialny ciężar. Cassie stała już pod ścianą, przy sali i czekała na nią.
-Nie wierzę, że się nie spóźniłaś.- przywitała ją Cassie tymi słowy.
-Też się cieszę, że Cię widzę.- odparła zrezygnowana.
-Wiem. Co tak szybko?
-Ktoś mnie podwiózł..-powiedziała, po czym weszła do klasy, nie dając dziewczynie czasu na odpowiedzenie. Zajęły swoje miejsca i wyciągnęły książki, przygotowując się do lekcji. Vivianne notowała w zeszycie słowa nauczycielki, żeby potem nie mieć problemów na egzaminach, to samo robiła na pozostałych lekcjach. Kiedy była już ostatnia godzina jej pobytu w szkole, poczuła wibracje w kieszeni. Wyciągnęła telefon i zobaczyła, że ma wiadomość od nieznanego numeru.
"Czekam, nie uciekniesz mi. Taksówkarz." 
Nathan. Tego była pewna. Pokręciła głową z rezygnacją i z powrotem powróciła do notowania. Testy próbne zbliżały się wielkimi krokami i dziewczyna chciała je zaliczyć najlepiej jak mogła. Wówczas byłaby przygotowana tak jak by oczekiwała na ostatnią klasę, w której to będzie pisać egzaminy decydujące o jej dalszej nauce w collegu.
-..tak więc to jasne, że geny egzystują w chromosomach, a chromosomy składają się z białek i DNA.- pani Beggy prowadziła kolejną lekcję powtórkową z genetyki, chcąc się upewnić, że jej klasa faktycznie to potrafi. Cassie słuchając jej monologu przerywanego pojedynczymi pytaniami do poszczególnych osób, rysowała w zeszycie swój łańcuch DNA. Uzupełniała go zygzakami, paskami i kropkami. Biologia była jej ulubionym przedmiotem, a ten dział opanowała już dawno temu. Szczęściara.- pomyślała Vivianne.- Teraz ma fory u pani Beggy. Pani Beggy była surową kobietą, która kochała uczony przezeń przedmiot i nie tolerowała nieprzygotowania, bądź jakiejkolwiek niedyspozycji związanej z przybyciem, lub przygotowaniem na jej lekcje. Klasa siedziała jak na szpilkach, chociaż wszyscy odczuwali już znużenie ciągłym kuciem rzeczy, które potrafili. Ale jak tu kłócić się ze starszym? Zawsze przecież znajdzie argument, który sprawi, że zamilkniesz. Głos belferki był zakłócany jedynie miarowym tykaniem zegara, który odmierzał czas do ukochanej przerwy. 10, 9, 8..4,3..1. Wszyscy zerwali się ze swoich miejsc i zaczęli zgarniać rzeczy do toreb, lub rąk, żeby zanieść je do szafek. Nauczycielka pokręciła głową z rezygnacją i zasiadła do papierów zalegających na jej biurku. Vivianne wzięła zeszyt z blatu i wyszła z klasy. Nixon dogoniła ją dopiero przy szafkach, na korytarzu.
-Co tak pędzisz, dziewczyno.- wydyszała.
-Miałam nadzieję, że Cie zgubie, zołzo.- pokręciła głową z rezygnacją Vivianne. Jej przyjaciółka zawsze musiała wszystko wiedzieć. I zazwyczaj właśnie tak było. Cassie Nixon skarbnica wiedzy. Niestety, nie tej "właściwej". Vivianne wepchnęła zeszyt do półki i zaczęła ją zamykać.
-Shires, w weekend pójdziesz ze mną na domówkę.- oznajmiła głosem nie znoszącym sprzeciwu.
-Miałam inne plany.
-Nie Vivianne, nie miałaś żadnych planów.
-Zgoda, przejrzałaś mnie.
-Tak więc wszystko powiem Ci w piątek, zarezerwuj czas.- pokazała przyjaciółce język i też wpakowała rzeczy na miejsce. Viv zaśmiała się i odwzajemniła gest, po czym odwróciła się od szafek, tylko po to, żeby zaraz wylądować na nich plecami. Nie zaskoczył jej widok Toma, który odepchnął ją barkiem, aby zrobić sobie miejsce.
-Widzę, że mój widok Cię powala.- parsknął śmiechem. Cass zagotowała się ze złości.
-Spłodzenie Ciebie było chyba jakimś żartem.- powiedziała podniesionym głosem.
-Ty chyba też mnie uwielbiasz, Nixon.
-Marzysz, Camden.
-Nie marnuje nawet czasu na myślenie o takim marginesie społecznym jak Wy, a co dopiero o marzeniu. Śmieszna jesteś.
-A Ty żałosny, tleniony bęcwale.- warknęła. Viv uspokoiła ją gestem dłoni.
-Camden, ograniczony umysłowo psycholu, znajdź sobie inne zajęcie. Dobrze Ci radzę.- Shires nie ustępowała Nixon.
-Milcz, to ja Ci dobrze radzę.- Zmierzył ją pogardliwym spojrzeniem. Uśmiechnął się wrednie i odszedł, po raz kolejny trącając ją ramieniem.
-Nienawidzę go.- jęknęła Vivianne.
-Nie tylko Ty. Parszywy gnojek.- obie ruszyły do wyjścia. Przeszły przez główne drzwi i ruszyły przez parking, w stronę bramy. Cassie zatrzymała się i zaczęła szukać kluczyków w torebce. Wyciągnęła je w końcu, kiedy obok nich podjechało auto. Od strony kierowcy wysiadł Taksówkarz Vivianne. Czyli miała rację. Podszedł do nich, kiwnął głową i powiedział do Shires:
-Mówiłem.- Dziewczyna nie wiedziała co odpowiedzieć, a widząc kątem oka minę Cass nie ułatwiało jej to zadania.
-Wiesz, akurat mam podwózkę.- zaczęła, wskazując na samochód blondynki, która stała obok niej. Ta jednak pokręciła głową.
-Będzie lepiej jak Nathan Cię podwiezie. Ja mam zajęte popołudnie. Sorry, Vivianne.- wsiadła do auta i uśmiechnęła się do niej z wyższością. Shires została pozostawiona na pastwę Nathana. Spojrzał na nią z kpiącym uśmiechem.
-Jesteś zdana na moją łaskę i niełaskę.
-I teraz powinnam zacząć drżeć ze strachu? Zapomnij Walker.
-Jeszcze nie dałem Ci do tego powodu. Jeszcze.- puścił jej oko i podszedł do samochodu. Otworzył drzwi i wsiadł do środka, natomiast dziewczyna zajęła miejsce obok. Odpalił silnik i ruszył, od razu dociskając pedał gazu najmocniej jak się dało. Vivianne szeroko otworzyła oczy, ale nic nie powiedziała, tłumiąc w sobie jęk. Nathan jedną ręką prowadził, drugą zaś włączył radio. Na desce rozdzielczej wskazówka prędkości wahała się gdzieś pomiędzy 220, a 240 km/h. Ojciec Shires zawsze jeździł przepisowo, a na szybszą jazdę pozwalał sobie jedynie na pustej szosie, bądź na autostradzie. Spojrzała kątem oka na chłopaka, ale nie dostrzegła prawie nic. Jedynie lekki, prawie niedostrzegalny uśmiech błąkał się po jego twarzy.
-To miałeś na myśli mówiąc, że jestem zdana na Twoją łaskę i niełaskę?- zapytała.
-To, czyli co?
-To, że jedziesz na idiota?- zaśmiał się głośno, ale jednocześnie wszystkie mięśnie na jego rękach się napięły, co nie umknęło uwadze dziewczyny. Nie, żeby je obserwowała, gdzieżby tam.
-Powiedzmy.
-Dobra Walker, czuję się zdana na Twoją łaskę i niełaskę.
-Doskonale o tym wiem Shires.
-Ale nie myśl, że to coś zmienia. Twoja przewaga jest niewielka.
-Zmienia co?
-Coś.- ucięła. Nie była to prawda riposta najwyższych lotów, ale przy nim niezbyt jej one wychodziły, a wymyślenie jakiejś ciętej odpowiedzi często graniczyło z cudem. Teraz znów widziała jego kpiarski uśmieszek, którego już nawet nie ukrywał.
 Po paru minutach podjechali pod jej dom. Odpięła pasy i zaczęła wysiadać. Nathan odwrócił się w jej stronę.
-Nie uciekaj. Coś mi się należy za wożenie Cię w te i wewte.
-Nie proszę Cię o to.- teraz ona uśmiechnęła się z wyższością.
-Ale się na to zgadzasz.- Niestety, wygrał. Westchnęła tylko.
-To co mam zrobić?- skrzywiła się. Chłopak z uśmiechem postukał się palcem w policzek.
-Walker, zwariowałeś.- powiedziała przerażona, czym tylko wywołała jego śmiech.
-Nie powiesz mi chyba, że się boisz Vivianne.- odparł, mocno akcentując jej imię. Z rezerwą w oczach i wahaniem na twarzy powoli pochyliła się i złożyła przelotny pocałunek po czym szybko się odsunęła, jakby bojąc się, że ktoś to zobaczy. Od razy wysiadła z samochodu i przetarła usta wierzchem dłoni.
-Nie martw się, Vivianne. Tego nie zmyjesz.- puścił jej oko i odjechał, jak zwykle od razu wyciągając jak największą prędkość. Dziewczyna stała chwilę na podjeździe. Jak do diabła to się stało?
~*~
Reaktywuję bloga, z czego bardzo się cieszę, bo dopiero teraz do mnie dociera jak bardzo tęskniłam za tą historią. Jednocześnie chcę Was zaprosić na mojego drugiego bloga -> KLIK
Życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku! :* :)

4 komentarze:

  1. Fajnie piszesz, zarówno tutaj jak i na drugim blogu :)
    Obserwuję i czekam na następne rozdziały!

    http://better-than-woords.blogspot.com/ u mnie nowy rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem czy pamietasz naszą jedną wakacyjną rozmowę, podczas której opowiedziałam ci co myślę o stosunku Cassie i Vivianne. Nadal obstaje przy tej tezie. Szczególnie wers:Nie powiesz mi chyba, że się boisz Vivianne. Nie powiem, zaintrygowal mnie niezmiernie. Ale rozdział o czarnym motylu mnie powalił. Znakomite i... Więcej motyli!

    OdpowiedzUsuń
  3. hej :-) pisałaś do mnie o kontakt odnośnie książki Kayli. Przepraszam od razu, ze moja reakcja jest taka opóźniona, nie mam nic na swoje wytłumaczenie ;-) szczerze mówiąc.. program Kayli jest na prawde świetny. Ale okropnie męczący.. robiłam z nią 1,5 miesiąca i niestety poźniej pojechałam na studia, mieszkanie z chłopakiem i plan kontynuowania ćwiczeń legł w gruzach :D ale efekty były.. podczas ćwiczeń byłam cała mokra a zakwasy miałam przeokropne, mimo że jestem osobą aktywną i w tamtym okresie na prawdę dużo ćwiczyłam. Odezwij się do mnie na maila jeszcze zanim kupisz książkę ankusz11@gmail.com :-)

    OdpowiedzUsuń